Refleksje

Jutro będzie futro

3 stycznia 2018

Żyję dosyć specyficznie. Wszystko, co się dzieje, ma swój ustalony czas i miejsce. Nawet tak prozaiczną czynność jak wstanie z łóżka poprzedzam policzeniem do 44, a jeśli dokądś idę – wyznaczam punkty do których dotrzeć muszę w 13 bądź 30 sekund.

Do niedawna wydawało mi się, że to absolutnie pozorne zaplanowanie  dosłownie każdego momentu w moim życiu sprawi, że stanę się szczęśliwa. Ten modny minimalizm i organizacja. Slow life, stosy pięknie wydanych poradników, spersonalizowane organizery, rozpisany każdy kwadrans od pobudki aż do snu. Zdziwiłam się, u mnie kompletnie to nie działa.

Najbliższe terminy to złożenie jakieś projekty, prace domowe, zaplanowane lekcje, porządki i inne sprawy, które zasadniczo nic nie wnoszą do mojego życia. Jak zwykle – wszystkie zaplanowane zmiany odłożyłam w czasie na „za rok lub dwa”. Jakby się temu przyjrzeć bliżej, to odwlekając te poważniejsze zmiany, odciągam się od szczęścia, które mają mi przynieść. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, co sprawia, że nie jestem w stanie odfajkować swoich planów i, co ciekawe, znalazłam tę przeszkodę, o którą za każdym razem się potykam.

Strach. Boję się tego, że wyklaruje się lista moich znajomych. Boję się, że zacznę spełniać marzenia, a do tego będę szczęśliwa. Boję się, że spełnianie moich marzeń nie pokryje się z oczekiwaniami moich bliskich. Boję się, bo muszę wyjść poza strefę swojego komfortu (cholera, brzmię jakbym włączyła tryb autocoachingowy). A co, jeśli okaże się, że bycie szczęśliwym jest trudniejsze od wegetacji?

Pora zawalczyć o siebie, o uśmiech, o wspomnienia. Nie za rok, nie za miesiąc. Już. Powrotów nie będzie, bo zawsze postanawiając zmianę, stajemy się kimś innym. Po co w sumie wracać w miejsce smutne, puste, wytapetowane nudą i miernotą? Siedząc w nicości, jedyne co mogę osiągnąć… to nic. Ani mniej, ni więcej niż nic. A jutro, na które tak czekam, może nigdy nie nadejść. To się kompletnie nie kalkuluje, zaczynam już dziś.