Po mojemu

5 sposobów na trudny dzień

15 stycznia 2018

 

Czasem każdemu zdarza się wstać za późno, usmarować policzek pastą do zębów i wejść w kałużę, błoto czy inną formę mazistą, która nadmiernie upodobała sobie towarzystwo butów. Telefon w takim dniu rozładowuje się w najmniej odpowiednim momencie, okazuje się małe skrzaty pogniotły w nocy misternie prasowaną koszulę, a autobus spóźnia się już kolejne 15 minut. Potem tylko cały dzień w pracy albo na uczelni i człowiek czuje się jak nowoumarły.

Chodzę po tej ziemi ponad dwadzieścia lat i takich dni trafiło mi się więcej niż umiem zliczyć. Zresztą po co je liczyć, nie ma sensu. Lepiej w tym wszystkim znaleźć sposób by taki trudny dzień choć trochę sobie umilić. Wypracowałam sobie pewien schemat działania, który pozwala mi zwiększyć częstotliwość uśmiechów.

1. Sms na dzień dobry

Dość często, w momencie kiedy już odrywając głowę od poduszki czuję, że ten dzień nie będzie należał do najmilszych, wysyłam wiadomości do bliskich mi osób. Nadużyciem byłoby stwierdzenie, że piszę im krótki tekst. Gdzie tam, kto rano ma na to czas. Wysyłam życzenia dobrego dnia. To taka perełka – mała rzecz, a cieszy, bo wiem, że bliska mi osoba lada moment się uśmiechnie.

2. Dobry soundtrack

Nie odkrywam Ameryki mówiąc, że łatwiej chodzi się, biega czy kurczę nie wiem, wiąże buty w rytm muzyki. Jedni używają do tego pamięci telefonu, inni Spotify, ja osobiście korzystam z playlist, które w wolnym czasie tworzę sobie na Youtube. Jestem zaprogramowana w ten sposób, że niezależnie od sytuacji – jeśli słyszę muzykę to czuję się jakbym grała w filmie. W takim wypadku trudny dzień zamienia się co najwyżej w melodramat.

3. Słowa od Szefa

Jako osoba wierząca dosyć często odnoszę się do instancji wyższych, w tym przypadku Najwyższych. Kiedy jestem absolutnie wyprowadzona z równowagi, pomaga mi moment rozważania Pisma Świętego, zatopienie się w modlitwie czy wręcz wewnętrzna kłótnia z Szefem. Skąd mam dostęp do tekstów biblijnych w komunikacji miejskiej? Odpowiednia aplikacja na telefon robi robotę, serio.

4. Jazda samochodem

Jeśli mam tylko możliwość – prowadzę samochód. Uwielbiam to. Może niekoniecznie w mieście, bo bulwersuję się na innych kierowców z taką intensywnością, że sumienie nie pozwala mi później przystąpić do Eucharystii bez spowiedzi. Jeśli mogę, jadę w teren niezabudowany, a całe szczęście takich miejsc jest pełno wkoło mojego miejsca zamieszkania.

5. Pośród drzew

Jak mogę to jadę, jak nie mogę to idę. No bo skoro w poprzednim punkcie jechałam, to pewnie dokądś. Ano najlepiej do lasu albo nad jeziorko. Nic, ale to nic nie jest w stanie mnie tak odprężyć jak półgodzinny spacer wśród drzew. Żadne rozrywki, żadne dźwięki muzyki relaksacyjnej, żaden masaż. Nawet gdyby robił go najprzystojniejszy masażysta jakiego Matka Ziemia widziała. Nope, chcę do lasu.

 

A jak Wy radzicie sobie z dniami, które najlepiej byłoby przespać?